[PL/EN] Czytaj z Marcinem (142): "Armenia. Karawany śmierci" / "Armenia. Caravans of Death"; Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń

Published on HivePostify by @avtandil · Mon Sep 07 2026

https://i.ecency.com/DQmX7umoQYP1vPZvo5eB2Vg5nyJT2hRsDer5QZXGKWXyiH4/whatsappimage20260906at06.12.46.jpeg

Kochani, wracamy do zaległosi czytelniczych i już na wstępie muszę Was poinformować o drobnej zmianie. Sterta zaległosi w tym roku brutalnie wygrała z możliwościami twórczo-pisarskimi i nie ma szans, żebym do końca roku zdołał opisać (a Wy – przeczytać moje teksty) zaległe 48 książek, w tym zeszłorocznych... Po prostu nie i już. Dlatego wracam do numeracji ciągłej (tak jak w 2020), a obecny tekst otrzyma numer 142.

Tym razem na jakiś czas zagościmy w Armenii – kraju niezwykle interesującym, w którym każdy podróżnik znajdzie dla siebie coś ciekawego i godnego uwagi. Ale też kraju, którego losy są pełne momentów trudnych, skomplikowanych, nierzadko wręcz mrocznych i tragicznych. Książka, którą przedstawiam Wam dziś, skupia się przede wszystkim na tych ostatnich. Jest to lektura ciężka, z której niełatwo czerpać radość – ale jednocześnie bardzo potrzebna, umożliwiająca, choćby częściowo, lepsze poznanie tego zakaukaskiego regionu i dająca klucz do zrozumienia przynajmniej w jakimś stopniu mentalności zamieszkującego go narodu. Autorzy prezentują nam 21 historii podzielonych na pięć głównych tematów: „Dzieje hiobowe”, „Polityka po armeńsku”, „Czarny ogród”, „Erywań” oraz „Wieczni wygnańcy”.

Już same tytuły tych – nazwijmy to – części mówią wiele i wprost przekazują, że wesoło i optymistycznie to nie będzie. A zaczyna się od wstępu – „W państwie naj”, w którym autorzy próbują zarysować (bo wszak więcej w na kilku stronicach się nie da) rozmaite sprzeczności, z którymi mierzy się Armenia. Z jednej strony państwo i naród o tradycjach sięgających tysięcy lat wstecz, którego mieszkańcy są dumni (często słusznie) ze swoich tradycji, osiągnięć i zalet. Z drugiej jednak – państwo i naród, którego przedstawiciele mają tysiące powodów (równie często słusznie) by nań narzekać i krytykować. Pełne sprzeczności, niegdyś potężne i sławne, dziś rzadko znajdujące w oczach świata zasłużone uznanie. Powód do dumy – ale i jednocześnie do wstydu. Naród, który dzięki temu i pomimo tego przetrwał, choć wiele, pozornie mu podobnych – rozpłynęło się w mroku dziejów. I dlatego warto spróbować go poznać. Choć trochę. I z dobrej, i ze złej strony.

„Dzieje hiobowe” – na początek czytelnik dostaje cztery historie. Czyta pierwszy tytuł: „To było ludzkie mięso” – i już w tym momencie wie, że to nie będzie łatwa lektura. Zaczyna się w Berlinie, w 1921 roku. Młody Ormianin, w biały dzień, na środku ulicy i na oczach przechodniów zastrzelił jakiegoś Turka. Szaleniec? Porachunki mafijne? Prawda leży znacznie głębiej. Zabitym był Mehmet Talaat, były wielki wezyr Imperium Osmańskiego. Jedna z osób odpowiedzialnych za Rzeź Ormian – największe nieszczęście, jakie kiedykolwiek spotkało ten naród. Na kolejnych stronach poznajemy mroczną historię lat 1915-1917 w Imperium Osmańskim. W Europie trwała I wojna światowa, zaś na jej uboczu, z dala od świadomości świata, miały miejsce potworności, które budzą emocje do dziś. I o tym jest ten rozdział. Zabójca Talaata został uniewinniony. Tytułowe mięso – zjedzone. Nie z głodu. Z zemsty.

„Czterdzieści sekund, jedenaście stopni” – 7 grudnia 1988 roku. Za chwilę południe. I nagle – wstrząs. Potem drugi. Miasta Spitak i Leninakan (dzisiejsze Giumri) zostają praktycznie doszczętnie zniszczone. Pół miliona ludzi bez dachu nad głową, dziesiątki tysięcy zabitych. Tragedia tak straszna, że zmusiła nawet władze radzieckie, by prosić o pomoc państwa zachodnie – chyba po raz pierwszy w czasach powojennych. W tle historia wydobytej spod gruzów dwuletniej dziewczynki i jej dalszych losów.

„Takiego syna miałam” – o cieniach armeńskiej armii. Wydawać by się mogło, że w kraju, który od dekad toczy walkę z sąsiednim Azerbejdżanem o Karabach, żołnierze powinni być bohaterami, a największym ryzykiem (choć zarazem i honorem) dla nich – trafić na front. I pozornie tak jest. Ale zbyt często większym zagrożeniem niż wróg jest inny żołnierz z własnej jednostki. Czasem dowódca. Czasem fala albo korupcja. Kogo nie stać, by zapłacić przełożonym, kto – choćby przypadkiem – dowie się za dużo, ma problem. Często śmiertelny.

„Trzydzieści lat Anahit” – tytułowa Anahit i Jura, dwoje studentów fizyki. Trudne początki uczucia na uniwersytecie, potem wielka miłość i determinacja silniejsza od radzieckiej armijnej biurokracji. Na Związek Radziecki – wystarczyło. Ale scena polityczna niepodległej Armenii nie była aż tak łaskawa.

W ten sposób autorzy płynnie przechodzą do sekcji „Polityka po armeńsku”. W niej – pięć tekstów. Pierwszy, „Krew w parlamencie, czyli zamach stanu za trzysta dolarów” jest niejako rozszerzeniem losów męża Anahit z poprzedniej historii. Jak się okazuje, przeprowadzić zamach wcale nie musi być trudno. Ale stwierdzić, kto za nim stał i z jakich powodów – to już inna sprawa. Co prawda, rodziny tych, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, to niespecjalnie obchodzi.

„Tigran do domu już nie wróci” – krótko mówiąc, jeśli chcesz iść na protest przeciw władzy z czystej ciekawości, żeby zobaczyć, co to jest i jak tam jest, to lepiej zastanów się kilka razy i odpuść sobie. Jeśli zaś chcesz iść po to, by protestować w sprawie, w którą wierzysz – idź, ale licz się z tym, że to może być twoje ostatnie wyjście gdziekolwiek.

„Serżyk i Robik” – dwóch chłopaków z jednego miasta. Łączy ich przyjaźń z czasów wojska – ale też i to, że obaj doszli na sam szczyt władzy. Jak tego dokonali i jak sobie poradzili? Serż Sargsjan, Robert Koczarjan – dwóch armeńskich prezydentów i ich historia.

„Podsłuchana rozmowa” – o armeńskiej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i jej założycielu, Awetiku Iszchanjanie.

„Dawid schodzi z placu” – tytułowym bohaterem jest jeden z radnych Erywania, który prowadzi głodówkę w proteście przeciwko wzrostowi cen prądu i ogólnej polityce prezydenta i jego świty. W tle – dlaczego protesty w Armenii, choć nie mniej uzasadnione, nie okazały się równie skuteczne, co w Gruzji czy Ukrainie.

Trzecia część nosi tytuł „Czarny ogród”. Po azersku – Qara bağ. Karabach. Trudno o lepszy tytuł dla części poświęconej temu regionowi i ponadtrzydziestoletniemu konfliktowi o kontrolę nad nim. Żaden inny kolor niż czerń, nie pasuje.

Na początek – „Ciało o numerze siedemdziesiąt jeden”. Przenosimy się do roku 1988 i obserwujemy narastający nacjonalizm i konflikty między Azerami i Ormianami, z Górskim Karabachem/Arcachem w tle. W Erywaniu nie było jeszcze najgorzej – tamtejszych Azerów przesiedlono do Azerbejdżanu, zwłaszcza do Sumqayit, we względnym spokoju i bez przelewu krwi. Ale już na armeńskiej prowincji płonęły azerskie wioski, a ich mieszkańcy mogli mówić o szczęściu, jeśli tylko zostali pobici i wygnani. Błędne koło wojny powoli się rozkręcało. Wygnańcy opowiadali rodakom w Azerbejdżanie o tym, czego doświadczyli. I w ostatnich dniach lutego wszystko wybuchło. Doszło do trzydniowego pogromu ormiańskich mieszkańców Sumqayitu. Oficjalnie według radzieckich źródeł zginęło dwudziestu sześciu Ormian i sześciu Azerów. Rannych – były setki. Nieoficjalnie – świadkowie mówią o setkach zwłok. Mordercy nie chcieli po prostu zabijać. Chcieli sprawić ofiarom jak najwięcej cierpienia – ich kreatywność szokuje nas, żyjących w świecie pokoju, nieznających okrucieństw wojny i okupacji, jest też przestrogą… Niespełna dwa lata później sytuacja powtórzyła się w Baku – najpierw pogrom Ormian, potem interwencja wojska radzieckiego, w której zginęło ponad stu Azerów.

„Wojna nie milknie, kiedy rodzi się dziecko” – niejako naturalny dalszy ciąg poprzedniego rozdziału, tym razem skupiony na początku lat 90. XX wieku i przedstawiający, w jaki sposób okrutne, lecz jednak lokalne pogromy przerodziły się w pełnoskalową wojnę o Karabach, krwawy konflikt, który z różną intensywnością ciągnął się przez ponad trzy dekady, przynosząc dziesiątki tysięcy ofiar po obu stronach i setki tysięcy uchodźców, którzy w nowych ojczyznach, wśród swoich rodaków, do dziś nie są w stanie poczuć się „u siebie”.

Oczywiście, historię tę poznajemy głównie z punktu widzenia Ormian, ale autorzy starają się zachować równowagę i nie pomijają również mniej chwalebnych dla nich wydarzeń, jak choćby masakry w Xocalı czy zniszczenia Şuşy. Obrazowo opisano też trudy życia podczas blokady Armenii w 1992, głodu i zimowego kryzysu energetycznego. A jednak, mimo tych wszystkich przeciwności losu, życie toczyło się dalej i nowi ludzie wciąż przychodzili na świat…

„Nora już nie płacze” – przed wojną karabaską nie były niczym szczególnie rzadkim mieszane, ormiańsko-azerskie małżeństwa. Jednym z nich była rodzina Nawruzowów, której losy poznajemy oczami córki – Nory.

„Nad Szuszi nie czuwa ani Pan Bóg, ani Allach” – historia położonego w Karabachu miasta, miejsca wielokrotnych starć między Ormianami a Azerami, które w samym tylko XX wieku czterokrotnie przechodziło z rąk do rąk (a po wydaniu książki – jeszcze co najmniej raz). Jego mieszkańcy wspominają zarówno jego piękno w okresach pokoju między oboma narodami, jak też trudy i brutalność okresów walk. Wtedy jeszcze mieli nadzieję, że odbudują Szuszi już wyłącznie dla siebie, nie wiedzieli, że los będzie dla nich okrutny po raz kolejny…

Część czwarta jest zatytułowana „Erywań” i, jak łatwo zgadnąć, opowiada o armeńskiej stolicy. Ponownie pięć rozdziałów. Zaczyna się od „Miasta z brzoskwiniowego kamienia”, jak nazwał kiedyś Erywań Osip Mandelsztam. I rzeczywiście nazwa jest trafna. Erywańskie kamienice budowano wszak z wulkanicznego tufu o specyficznej barwie. Poznajemy jego architektoniczną historię – dzisiejszy swój kształt Erywań w dużej mierze zawdzięcza władzom radzieckim i architektowi Aleksandrowi Tamanjanowi. Dawne orientalne miasto ustąpiło miejsca nowoczesności radzieckiej, nie zawsze jednak prezentującej odpowiednio wysoki styl. A przemiana miała też oczywiście swoje koszty – wyburzanie starych budynków, likwidacja meczetów (został tylko jeden) i niektórych kościołów… Boli też los śladów starożytnego państwa Urartu, odkrytych przy okazji wykopalisk – zamiast odrestaurować i udostępnić mieszkańcom, po prostu zalano je asfaltem. Pozostały tylko ruiny twierdzy Erebuni, z dala od ścisłego centrum miasta.

„Kond” – opowieść o najstarszej dzielnicy ormiańskiej stolicy, pozostałości z dawnych czasów, gdzie jednak oprócz ducha Orientu można też zetknąć się z atmosferą radzieckiego półświatka. Jej historia powoli zbliża się do końca – ziemia w centrum miasta jest zbyt droga, by marnować ją na gliniane domy bez toalet. Jednak dzięki wspomnieniom jej mieszkańców czytelnik może choć na chwilę zajrzeć w przeszłość i przekonać się, jak mogło wyglądać życie w tym miejscu. I upewnić się, że zaglądanie tam po zmroku to nienajlepszy pomysł.

„Dywany latają w poniedziałki” – o ormiańskiej sztuce tkania dywanów, od starożytności po współczesność. Oczywiście według większości Ormian to właśnie na ich ziemiach powstał najstarszy zachowany dywan świata – „Pazyryk”. O technice wytwarzania i historii ormiańskich dywanów, ich roli w życiu i kulturze Ormian, a także – tradycyjnie – o rywalizacji na tym tle z Azerami i Turkami opowiadają erywańscy i karabascy specjaliści.

„Anielska dola” – rozdział poświęcony ormiańskim koniakom, których tradycję ukazano przez pryzmat historii erywańskich firm – „Ararat” i „Noj”, od końca XIX wieku (bo wtedy rozpoczęła się produkcja przemysłowa), przez epokę sowiecką, aż po czasy najnowsze i wykupienie przez Francuzów firmy wytwarzającej napoje pierwszej z tych marek. Dowiemy się także, czym jest tytułowa „anielska dola”, czemu podczas toastu szkło musi stuknąć o szkło i jaką specjalną beczkę skrywają piwnice „Araratu”.

„Cała Armenia czaruje” – krótki rozdział o ormiańskiej ezoteryce, którą w opowieści reprezentuje 37-letnia lekarka, Nana. Pomimo medycznego wykształcenia i doświadczenia, porzuciła medycynę tradycyjną, w pełni poświęcając się swoim zdolnościom paranormalnym. Teraz częściej pomaga ludziom, zdejmując klątwy i przeprowadzając rytuały oczyszczania. Z zaskakującym zakończeniem.

Część piąta – „Wieczni wygnańcy” jest zdecydowanie najmniej obszerna, składa się z trzech krótkich rozdziałów. Pierwszy z nich, „Gorszy rodzaj człowieka”, poświęcony jest kwestiom patriarchatu, LGBT i tradycyjnego modelu rodziny. Ogólny pesymistyczny obraz lekko tylko jest tonowany przez zakończenie, wskazujące, że i w takich okolicznościach można się doszukać pozytywów – takich jak poczucie wspólnoty czy serdeczność.

„Stanąć na swojej ziemi” – o Spjurku, ormiańskiej diasporze. Sytuacja ekonomiczna kraju zmusza wielu Ormian do emigracji zarobkowej i poszukiwania poprawy losu za granicą. Niestety często okazuje się, że „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, a perspektywy i możliwości poza krajem wcale nie są lepsze niż w nim. Albo przynajmniej nie na tyle, by zagłuszyć i zrekompensować tęsknotę za ojczyzną.

„Nie ma dobrej nowiny” – bardzo krótki tekst poświęcony losowi Ormian syryjskich po wybuchu wojny domowej w tym kraju. Ilustrację stanowi historia Awetisa, który wraz ze swoją rodziną wrócił do ojczyzny, by ratować życie. Plan minimum się powiódł. Ale tylko minimum. A państwo nie jest w stanie zapewnić pomocy kolejnej grupie ormiańskich uchodźców, mając wciąż nierozwiązaną kwestię tych sprzed trzech dekad…

Książka, nie ma co ukrywać, jest ponura, tak jak i współczesna historia Armenii. Ale mimo to warto się z nią zapoznać. I warto polecić tym, którzy w jakikolwiek sposób są związani z tym krajem. Zarówno tym mającym już o nim jakieś pojęcie, chcącym pogłębić swą wiedzę, jak i początkującym, którzy dopiero będą odkrywać, że Armenia to nie tylko przepiękne krajobrazy, a w przewodnikach bynajmniej nie pisze się całej prawdy. Że długa historia dumnego narodu oprócz wielu blasków ma też i cienie, które w obecnych czasach wypływają na wierzch częściej, niż by sami Ormianie chcieli. Na pochwałę zasługują także język i styl autorów, dzięki którym czytelnik przyswaja treści bez znudzenia i bez przeciągania lektury w nieskończoność. Ode mnie – ocena końcowa 8,5.

My dears, we’re back to dealing with the reading backlog, and right at the outset I have to let you know about a small change. This year, the sheer mountain of backlog has brutally defeated my writing capacity, and there is simply no chance of me getting through all 48 overdue books by the end of the year (including last year’s backlog)... Just no. And that’s that. So I’m going back to continuous numbering (just as I did in 2020), and this piece will be No. 142.

This time, we’ll be spending some time in Armenia — an extraordinarily interesting country, where every traveller can find something fascinating and worth paying attention to. But it is also a country whose history is full of difficult, complicated, and often downright dark and tragic moments. The book I’m presenting to you today focuses primarily on the latter. It is a heavy read, not an easy book to take pleasure in — but at the same time, a very necessary one, allowing us, at least to some extent, to get to know this part of the South Caucasus better and providing a key to understanding, at least in part, the mentality of the people who live there. The authors present us with 21 stories divided into five main themes: “Jobian Histories”, “Armenian-Style Politics”, “The Black Garden”, “Yerevan” and “Eternal Exiles”.

The titles alone of these — let’s call them — parts tell us a great deal and make it perfectly clear that this is not going to be a cheerful or optimistic read. It begins with an introduction, “In the State of ‘The Most’”, in which the authors attempt to sketch out (because, after all, you can’t do more than that in a few pages) the various contradictions Armenia has to contend with. On the one hand, a state and a nation with traditions stretching back thousands of years, whose people are proud (often quite rightly) of their traditions, achievements and virtues. On the other, a state and a nation whose members have thousands of reasons (just as often quite rightly) to complain about it and criticise it. Full of contradictions, once powerful and famous, today rarely receiving from the rest of the world the recognition it deserves. A source of pride — but at the same time, of shame. A people who survived because of this and despite it, while many others who appeared to be much like them have vanished into the darkness of history. And that is why they are worth getting to know. Even if only a little. From both the good side and the bad one.

“Jobian Histories” — to begin with, the reader gets four stories. You read the first title, “That Was Human Flesh”, and at that very moment you know this is not going to be an easy read. It begins in Berlin in 1921. A young Armenian, in broad daylight, in the middle of the street and in front of passers-by, shot some Turk. A madman? A mafia hit? The truth lies much deeper. The victim was Mehmet Talaat, former Grand Vizier of the Ottoman Empire. One of the people responsible for the Armenian Genocide — the greatest catastrophe ever to befall this nation. Over the following pages, we learn the dark history of 1915–1917 in the Ottoman Empire. World War I was raging in Europe, while on its margins, far beyond the world’s awareness, terrible things were happening — horrors that still provoke strong emotions to this day. And that is what this chapter is about. Talaat’s assassin was acquitted. The titular flesh — eaten. Not out of hunger. Out of revenge.

“Forty Seconds, Eleven Degrees” — 7 December 1988. Almost noon. And suddenly — a tremor. Then another. The cities of Spitak and Leninakan (today’s Gyumri) are virtually destroyed. Half a million people are left homeless, tens of thousands dead. A tragedy so terrible that it forced even the Soviet authorities to ask Western countries for help — perhaps for the first time in the post-war period. Against this backdrop comes the story of a two-year-old girl pulled from the rubble, and what happened to her afterwards.

“I Had a Son Like That” — about the darker side of the Armenian army. You might think that in a country which has spent decades fighting neighbouring Azerbaijan over Karabakh, soldiers should be heroes, and their greatest risk (but also their greatest honour) should be ending up at the front. And it looks, that is indeed the case. But far too often, the greater danger is not the enemy but another soldier from your own unit. Sometimes the commanding officer. Sometimes hazing or corruption. If you can’t afford to pay your superiors, or if you happen — even accidentally — to learn too much, you have a problem. Often a fatal one.

“Thirty Years of Anahit” — the title character, Anahit, and Yura, two physics students. The difficult beginnings of a relationship at university, followed by great love and determination stronger than Soviet military bureaucracy. Against the Soviet Union, that was enough. But the political scene in independent Armenia was not quite so accommodating.

And so the authors move smoothly on to the “Armenian-Style Politics” section. Five pieces. The first, “Blood in Parliament, or a Coup d’État for Three Hundred Dollars”, is in a sense an extension of the story of Anahit’s husband from the previous chapter. As it turns out, carrying out a coup is not necessarily difficult. But figuring out who was behind it and why — that is a different matter. To be honest, for the families of those who happened to be in the wrong place at the wrong time, however, who was behind it isn't all that important.

“Tigran Never Came Home” — in short, if you want to go to a protest against the authorities out of sheer curiosity, just to see what it is and what it’s like, think twice and stay away. If, however, you want to go because you believe in the cause being protested, go ahead — but bear in mind that it might be your last trip anywhere.

“Serzhik and Robik” — two boys from the same town. They are linked not only by a friendship dating back to their army days, but also by the fact that both eventually reached the very top of the political ladder. How did they get there, and how did they manage once they were there? Serzh Sargsyan, Robert Kocharyan — two Armenian presidents and their story.

“An Eavesdropped Conversation” — about the Armenian Helsinki Committee for Human Rights and its founder, Avetik Ishkhanyan.

“David Leaves the Square” — the title character is one of Yerevan’s councillors, staging a hunger strike in protest against rising electricity prices and the general policies of the president and his entourage. In the background: why protests in Armenia, despite being no less justified, did not prove as effective as those in Georgia or Ukraine.

The third section is called “The Black Garden”. In Azerbaijani, Qara bağ. Karabakh. It would be difficult to find a better title for a section devoted to the region and the more-than-thirty-year conflict over control of it. No other colour would fit quite so well as black.

First comes “Body Number Seventy-One”. We travel back to 1988 and watch nationalism and conflict between Azerbaijanis and Armenians intensify, with Nagorno-Karabakh/Artsakh in the background. Things were not yet at their worst in Yerevan — the city’s Azerbaijanis were relocated to Azerbaijan, especially to Sumqayit, relatively peacefully and without bloodshed. But in the Armenian countryside, Azerbaijani villages were already burning, and their inhabitants could count themselves lucky if all that happened to them was that they were beaten and driven out. The vicious circle of war was slowly gathering momentum. The displaced told their compatriots in Azerbaijan what they had experienced. And in the final days of February, everything exploded. A three-day pogrom against the Armenians of Sumqayit followed. Officially, according to Soviet sources, twenty-six Armenians and six Azerbaijanis were killed. Hundreds were injured. Unofficially, witnesses spoke of hundreds of bodies. The killers did not simply want to kill. They wanted to inflict as much suffering as possible on their victims — their inventiveness is shocking to those of us living in a peaceful world, unfamiliar with the cruelties of war and occupation. It is also a warning… Less than two years later, the situation was repeated in Baku — first a pogrom against Armenians, then a Soviet military intervention in which more than a hundred Azerbaijanis were killed.

“War Does Not Fall Silent When a Child Is Born” — in a way, a natural continuation of the previous chapter, this time focusing on the early 1990s and showing how brutal, but still local, pogroms developed into a full-scale war over Karabakh, a bloody conflict that, with varying intensity, dragged on for more than three decades, leaving tens of thousands dead on both sides and hundreds of thousands of refugees who, in their new homes, among their own people, still cannot feel truly “at home”.

Naturally, we learn about this history mainly from the Armenian point of view, but the authors try to maintain a degree of balance and do not omit events that reflect less favourably on the Armenian side, such as the Xocalı massacre or the destruction of Şuşa. The hardships of life during the blockade of Armenia in 1992, the famine and the winter energy crisis are also described vividly. And yet, despite all these adversities, life went on and new people continued to be born…

“Nora No Longer Cries” — before the Karabakh war, mixed Armenian-Azerbaijani marriages were by no means unusual. One such family was the Navruzovs, whose story we learn through the eyes of their daughter, Nora.

“Neither God nor Allah Watches Over Shushi” — the story of a city in Karabakh, a place of repeated clashes between Armenians and Azerbaijanis which, in the twentieth century alone, changed hands four times (and at least once more after the book was published). Its inhabitants recall both its beauty during periods of peace between the two nations and the hardships and brutality of the fighting. At that point, they still hoped they would rebuild Shushi for themselves alone. They did not know that fate was about to be cruel to them once again…

The fourth section is titled “Yerevan” and, as you might easily guess, it is about the Armenian capital. Once again, five chapters. It begins with “The City of Peach-Coloured Stone”, as Osip Mandelstam once called Yerevan. And the name is indeed fitting. The city’s buildings were, after all, constructed from volcanic tuff with a distinctive colour. We learn about its architectural history — modern-day Yerevan owes much of its present shape to the Soviet authorities and the architect Alexander Tamanian. The old Oriental city gave way to Soviet modernity, though the latter did not always display particularly high architectural standards. And, naturally, the transformation came at a price — old buildings were demolished, mosques were removed (only one remains), as were some churches… The fate of traces of the ancient state of Urartu is painful too. Discovered during archaeological excavations, instead of being restored and opened to the public, they were simply covered with asphalt. All that remains are the ruins of the Erebuni fortress, far from the city centre.

“Kond” — a story about the oldest district of the Armenian capital, a remnant of earlier times where, alongside the spirit of the Orient, one can also encounter the atmosphere of the Soviet underworld. Its story is slowly drawing to an end — land in the city centre is simply too expensive to waste on clay houses without toilets. Yet thanks to the memories of its inhabitants, the reader can, for a moment, look into the past and get a sense of what life here might once have looked like. And make sure to take away the impression that visiting after dark is probably not the best idea.

“Carpets Fly on Mondays” — about the Armenian art of carpet weaving, from antiquity to the present day. Naturally, according to most Armenians, it was on their land that the world’s oldest surviving carpet, the “Pazyryk”, was made. Armenian carpet specialists from Yerevan and Karabakh talk about the techniques and history of Armenian carpets, their role in Armenian life and culture, and, as tradition dictates, the rivalry over the subject with Azerbaijanis and Turks.

“An Angel’s Share” — a chapter devoted to Armenian brandies, whose tradition is presented through the history of the Yerevan companies “Ararat” and “Noy”, from the late nineteenth century (when industrial production began), through the Soviet era, to the present day and the acquisition by the French of the company producing the drinks under the first of these brands. We also learn what the titular “angel’s share” is, why glasses must clink during a toast, and what special barrel is hidden in the cellars of “Ararat”.

Tags: #hive-180164#armenia#books#history#pl-artykuly#pl-blog#pl-ksiazki#pl-historia#pl-podroze#review

View full post on HivePostify →

Join HivePostify — Pakistan's First Web3 Platform →